Szczęśliwe życie Lawrence’a Talbota skończyło się tej nocy, kiedy umarła jego matka. Chłopak opuścił wiktoriański dwór, by szukać zapomnienia w dalekiej Ameryce. Po latach powraca w rodzinne strony – i odkrywa, że okolicą rządzi strach. Krążą pogłoski o krwiożerczej bestii. Lecz Lawrence’a stokroć bardziej przeraża tajemnicza siła, która wzywa go do lasu podczas pełni księżyca…
Po książkach tego rodzaju nie oczekuje się zbyt wiele – zwyczajnie „mięsa”, grozy, czegoś, co sprawi, że pochłoniemy daną część, jednocześnie nie chcąc się z nią rozstawać. Może nieco większego dopieszczenia pod względem klimatu, tak, byśmy mogli udawać razem z autorem, że faktycznie żył w czasach, o których pisze.
Już na samym wstępie odnotowałam, że akcja rozgrywa się w Ameryce, ale przede wszystkim w Anglii pod koniec dziewiętnastego wieku – ze zdziwieniem, ale i radością. Teraz, kiedy zasypuje się nas masą książek dla nastolatek, wszystko dzieje się w czasach, w których żyją sami czytelnicy i nie czuć wcześniej wspomnianej atmosfery. A to rzecz niezbędna w tym gatunku.
Nie tylko to odróżnia „Wilkołaka” od pozostałych lektur, jakie można spotkać na półkach w księgarniach – jest zdecydowanie śmielszy w opisach. Masakry są naprawdę przerażające, a sceny na początku książki przepełnione lekkim erotyzmem. Przy tym ponury i nie sili się na oryginalność. To powrót do korzeni gatunku, jak twierdzą niektórzy, choć ja, szczerze mówiąc, liczyłam na jakieś intrygi i rozbudowane wątki poboczne.
